INTERNET, NOWE TECHNOLOGIE, WEBDEVELOPMENT, BADANIE INTERNETU

9 LUTEGO 2010  /  PRAWO  /  4 KOMENTARZE

TO INTERNAUCI, A NIE UCZESTNICY SPOTKANIA Z PREMIEREM, WYWALCZYLI WYCOFANIE SIĘ RZĄDU Z POMYSŁU CENZUROWANIA INTERNETU

W ubiegły piątek odbyło się spotkanie premiera Donalda Tuska z przedstawicielami internautów. Temat: cenzura internetu. Efekt: wycofanie się rządu z wprowadzenia rejestru stron niedozwolonych. Uczestnicy spotkania podsumowują wydarzenie dwojako: sukces (osiągnięto cel) albo szum informacyjny (nie wiadomo o czym było spotkanie, zbyt wiele wątków poruszono). Internauci też są podzieleni, jedni cieszą się, że wycofano się ze spornego fragmentu, drudzy mówią, że sprawa nie jest przesądzona, a spotkanie było biciem piany, do którego zaproszono nie internautów, tylko lanserów. Tymczasem analiza wydarzeń sprzed spotkania pokazuje, że nasilało się ryzyko zawetowania ustawy przez prezydenta. To spowodowało, że jedyne co mógł zrobić Donald Tusk, to wycofać się z kontrowersyjnego pomysłu, inaczej cały projekt zostałby utrącony. Wygranymi są więc nie uczestnicy spotkania, lecz internauci, którzy wywołali medialny szum i pchnęli sprawę do przodu.

Zanim odbyło się spotkanie, każda ze stron biorących w nim udział znała argumenty strony przeciwnej. Blogerzy napisali co sądzą o projekcie zmian ustawy wiele tygodni temu. Internauci też wypowiedzieli się na temat skrytej cenzury, pisząc komentarze i tworząc dedykowane strony. Przedstawiciele organizacji informatycznych wyrazili swoje stanowisko w dwóch listach otwartych, a wcześniej także w mediach, proszeni o zabranie głosu przez dziennikarzy. Premier przed spotkaniem kilkakrotnie wyjaśniał, że intencją rządu nie jest wprowadzanie cenzury, tylko walka z e-przestępcami.

Po co więc było to spotkanie? Nie były to przecież negocjacje, tylko "zadawanie pytań", a premier - podobnie jak jego oponenci - nie dowiedział się żadnej nowej rzeczy, o której nie wiedział wcześniej. Dlaczego więc nie ogłosił wycofania się z pomysłu stworzenia rejestru stron bez organizowania spotkania? Po co fatygował tylu ludzi, aby ogłosić jedną prostą rzecz? Odpowiedź jest prosta: polityczny marketing połączony z brakiem innego wyjścia z sytuacji.

Każdy ruch rządu jest poprzedzony marketingową kalkulacją. Nie tylko jeśli chodzi o poparcie społeczne, lecz szanse polityczne na doprowadzenie do końca zmian w prawie. Ustawa hazardowa, mimo że tworzona w szybkim tempie, ma przed sobą długą drogę, bo musi przejść przez sejm, senat i prezydenta. Do prac nad ustawą dopuszczono amatorów, którzy nie przewidzieli, że stworzenie czegoś takiego jak "rejestr stron" wzbudzi społeczną dezaprobatę. Ponieważ mamy prezydenta który systematycznie wetuje propozycje rządu, ustawa hazardowa musi być pozbawiona ryzykownych obciążeń, jakim jest właśnie rejestr stron niedozwolonych. Sam rejestr przeszedłby prawdopodobnie bez echa gdyby nie reakcja internautów, którzy wywołali spory szum, robiąc z rejestru punkt zaczepienia dla przeciwników rządu.

Na tydzień przed spotkaniem Tuska z internautami, swoje własne spotkanie z tymi samymi ludźmi zorganizowała Kancelaria Prezydenta, do której wpłynęło pismo internautów z prośbą o zawetowanie ustawy. Pracownicy kancelarii wysłuchali uwag internautów, a następnie na oficjalnej stronie prezydenta, pod streszczeniem przebiegu spotkania, opublikowali cztery opinie miażdżące projekt rządu Donalda Tuska. Jedna z nich, autorstwa Radosława Krawczyka, mówi o tym, że "Rejestr i ustawa hazardowa są częścią szerszych działań państwa polskiego, które chce (...) wprowadzić cenzurę. Zapowiadane zmiany w prawie (...) zbliżą Polskę do Birmy lub Chin.". Przed spotkaniem z prezydentem media mówiły, że spotkanie pomoże prezydentowi w podjęciu decyzji o zawetowaniu ustawy. Sam prezydent podpytywany powiedział, że sprawa wolności słowa w internecie jest mu bardzo bliska i że uważnie bada sytuację.

Prawidłowa kolejność wydarzeń jest taka: internauci wywołali szum, następnie napisali list do prezydenta z prośbą o weto. Współpracownicy prezydenta zaprosili internautów na spotkanie, po którym ryzyko zawetowania ustawy wzrosło z 20% do 90%. Na zorganizowanym tydzień później spotkaniu rządu z przedstawicielami internautów Donald Tusk nie mając wyjścia musiał ogłosić wycofanie feralnego rejestru stron. Była to więc próba wyjścia z twarzą i ugrania dodatkowych punktów, pokazując że rząd ugina się przed internautami, a nie przed prezydentem. Poza tym wyobraźmy sobie reakcję internautów, gdyby Donald Tusk podtrzymał decyzję o wprowadzeniu rejestru stron.

Po spotkaniu zarysował się też drobny spór między internautami a organizatorami i uczestnikami spotkania. Pierwsi zarzucają drugim, że miało to być spotkanie z internautami o cenzurze, a nie z arbitralnie wybranymi blogerami o wszystkim i o niczym. Ci drudzy odpowiadają, że możliwa była tylko taka formuła, bo nie da się zaprosić na spotkanie wszystkich internautów, zwłaszcza że wtedy spotkanie zamieniłoby się w zadymę. Niektórzy dodali też z przekąsem, że anonimowym internautom wygodniej jest krytykować z pozycji przed monitorem niż wziąć się do roboty, tak jak to zrobili uczestnicy spotkania. Rozumiem obie strony, jednak będę bronił zwykłych internautów.

Jak już napisałem wyżej, to właśnie internauci, ci anonimowi, nieokrzesani, kontestujący zza monitorów, wzięli sprawy w swoje ręce wywołując medialny szum, co nie udało się wcześniej blogerom i organizacjom. Efekt jest taki, że działania zwykłych internautów zostały skonsumowany przez uczestników spotkania, wśród których internauci nie dostrzegli swoich przedstawicieli. Meeting zainicjowany przez premiera faktycznie nie był spotkaniem z samymi internautami, więc mają oni prawo do narzekania. Internauci mają też prawo krytykować formę debaty, bo nie była prowadzona ich językiem. Rozumiem że istnieje potrzeba cywilizowanej rozmowy, ale jeśli premier chce poznać opinię ludu, to niech wsłucha się w to, co mają do powiedzenia zwykli ludzie, a nie wyselekcjonowani, ubrani w garnitury przedstawiciele stowarzyszeń i profesjonalni blogerzy pod okiem kamer (piszę to bez negatywnego zabarwienia).

Umniejszanie roli i języka internautów jest więc błędem, bo w przypadku awantury z cenzurą to od internautów wszystko zależy i będzie zależało.

Członkowie organizacji i blogerzy uważają, że spotkanie było przełomowe i że jest to zalążek kolejnych spotkań. Cóż, można i tak do tego podejść. Jeśli jednak chodzi o merytorykę, mam nadzieję że kolejne spotkania będą bardziej konkretne, a nie o wszystkim po trochu. Przypomnę, że po pierwszym spotkaniu ze stroną rządową pielęgniarki również nie kryły zachwytu z wynegocjowanych przywilejów, a jak się skończyło i jak wyglądały kolejne spotkania, wiemy wszyscy. Spotkania polityczne, czy w sejmie, czy w kontaktach ze społeczeństwem to w większości czasu bicie piany bez konkretów. Choćbyśmy zaprosili do rozmowy dziesięciu najwybitniejszych ekspertów którzy zasiądą po obu stronach, konkretów będzie mało, a co dopiero mówić o spotkaniu premiera z przedstawicielami internautów, gdzie każda ze stron mówi innym językiem. Zwłaszcza że rozmowa toczyła się na temat ustawy, której zapisy są znane tylko stronie rządowej. Premier zapewniał że w projekcie zmian - którego nikt nie widział na oczy - nie ma nic złego, a jego adwersarze udowadniali, że w projekcie zmian - którego nie widzieli na oczy - są same złe rzeczy. To pokazuje, jaki jest poziom publicznej debaty z jakąkolwiek formacją polityczną.

Sławomir Wilk
Komentarze:


Marcin Robak2010-02-09 18:15
Żeby być już zupełnie obiektywnym należałoby dodać, że Prezydent też spostrzegł tu możliwość "ugrania" paru procentów na weto (wecie?).
Weto Prezydenta przy takim jasno sprecyzowanym sprzeciwie wobec projektu ustawy mogło mu tylko pomóc. Brak weto mógł mu jedynie zaszkodzić. Więc rachunek był prosty.
Suma sumarum rząd wyszedł z tej sytuacji jedynym możliwym wyjściem. Każde inne byłoby strzałem w kolano. (A po ustawie antyhazardowej byłoby to już drugie kolano. Przynajmniej w mojej opinii).
Cieszę się, że dzięki internetowi możliwe jest jasne sformułowanie oczekiwań wobec polityków. Najczęściej nic to nie daje ale jak widać są sytuacje, kiedy dzięki temu możemy w jakiś sposób kształtować ich decyzje. Szkoda, że najczęściej sami nie są w stanie pomyśleć logicznie.
Marcin Robak
azet2010-02-09 22:31
A ja mam takie wrażenie, że owi ogólnie zdefiniowani "internauci" są gotowi kontestować wszystko, co im się źle kojarzy, bez zadawania sobie wysiłku w celu sprawdzenia o co tak dokładnie chodzi. Nawet szacowny autor, podnosząc wątek, wyraźnie popiera protest skierowany przeciw ustawie, która wprowadza rejestr zakazanych stron, ani razu nie wspominając jakież to strony miałyby być zakazane i dlaczego. Dużo słyszę krzyków "cenzura! cenzura!", a ani razu nie słyszałem konkretnie ile też wolności słowa ta ustawa odbiera. Niepoważne jest to. Gdyby wolność słowa miałaby oznaczać, że każdy może mówić co chce (zero cenzury), to powinienem mieć możliwość bezkarnego nazwania autora chujem. A nie mam.

Mam też takie wrażenie, że autor nabiera manier właściwych tym ludziom, których krytykuje pisząc o biciu piany. Wpis można by zredagować do 30% jego objętości bez szkody dla treści.

Autor wyjątkowo lubuje się w używaniu słowa "szum" (5 razy w tekście). Ciekawią mnie powody.
Maniek2010-02-23 10:09
"na weto (wecie?)"

Marcinie, "wecie" i tylko "wecie".
piotr2011-03-09 16:00
A ja nie rozumiem tego całego zamieszania wokół hazardu. Mieszkałem ponad dwa lata w Anglii i tam postrzeganie tych spraw jest zupełnie inne, normalne. Tam jest to po prostu zabawa. Weekend na wyścigach konnych przypomina wielki festyn. Jakoś u nas nie dostrzega się tego, że to przecież wielki “przemysł”. Bo przecież żeby takie wyściby mogły się odbywać ktoś musi wybudować tor, ktoś musi tresować konie, szkolić dżokejów, być tym dżokejem. A kiedy jest wyścig tych ludzi trzeba ugościć. To na prawdę są ogromne pieniądze, które jeden głupi podpis nam zabiera. Mamy przecież całe obszary Polski gdzie nie ma przemysłu (i dzięki Bogu) ale tam ludzie mogliby hodować konie, robić uprzęże i rozwijać to, co w tej całej “końskiej” branży jest potrzebne.

Dodaj komentarz:

Podpis: (wymagane)
Adres Twojej strony WWW: (opcjonalnie)
Twój adres e-mail: (opcjonalnie)
Treść komentarza:
Antyspam: policz ile
wynosi jeden plus dwa:
(wymagane)